Boniszewska

Życiorys

Apostołka cierpienia

Narodziny mistyczki

Wanda Boniszewska urodziła się 2 czerwca 1907 roku w folwarku Nowa Kamionka, niedaleko Nowogródka (obecnie Białoruś). W rodzinie Boniszewskich urodziło się jedenaścioro dzieci, kilkoro zmarło w dzieciństwie. Wanda była czwartym z kolei dzieckiem. Po wybuchu pierwszej wojny światowej ojciec został zabrany do wojska i matka sama wychowywała małe dzieci w trudnych warunkach.

Rodzice Wandy, Franciszek i Helena z domu Anolik (Antolak) byli religijni, zależało im na tym, żeby w wierze wychować swoje dzieci. Szczególną pobożnością wyróżniała się  matka. Wspólnie z dziećmi odmawiała wieczorny pacierz, a w każdą niedzielę chodziła z nimi pieszo do oddalonego o kilka kilometrów parafialnego kościoła Św. Michała Archanioła w Nowogródku. Małą Wandę pierwszych modlitw uczyła jej mama, oraz służąca Zofia, która była wyznania prawosławnego.

„Pamiętam, jak mi opowiadała – wspomina s. Wanda – o Panu Jezusie, jak umarł na krzyżu dla miłości ludzi i że dotąd przebywa z nami na ziemi utajony pod postaciami chleba i zamknięty w Tabernakulum”. Słowa o obecności Jezusa w zamkniętym tabernakulum bardzo mocno zapadły w serce pięcioletniej wówczas Wandzi, kształtując jej duchowość.

Tak o tym pisała s. Wandzia: „W wolnych chwilach od zabaw dziecinnych zastanawiałam się nad życiem Pana Jezusa w Tabernakulum, w tej ciemnej małej szafce zamkniętego nawet pod kluczykiem. Nie mogłam w małej głowie tego pomieścić – pytałam służącą, jak to Pan Jezus jest Panem całego nieba i świata, a daje się, żeby Go księża zamykali w szafce?”. Kiedy więc rodzice zabrali ją na Mszę św. powtarzała nieustannie: „Biedny Bozia, zamknięty, jak tam smutno musi być!”. O Jezusie, ukrytym w postaci Hostii w tabernakulum Wanda mówiła z czasem Więzień, albo Więzień Miłości.

W miarę poznawania rzeczywistości wiary, ważne dla Wandy było żeby przyjmować Jezusa w komunii. Przygotowywała się do tego bardzo gorliwie. Tak pisała o tym ważnym dla siebie dniu:

Dzień Pierwszej Komunii św. był dla mnie dniem niezwykłym, bo pierwszy raz Pan Jezus do mnie przemówił głosem wyraźnym. Cieszyłam się bardzo mając Najukochańszego w duszy...

I dajej: „Ponieważ na Zielone Świątki wypadło czterdziestogodzinne nabożeństwo, więc miałam sposobność przepędzić kilka godzin na adorowaniu Go i przy tej okazji mówiłam Mu o wszystkich swoich zamiarach i pragnieniach nawet najmniejszych. Pan Jezus mi też mówił o swym Boskim pragnieniu dusz i zachęcał do cierpień, które w przyszłości mnie spotkają, mówił o braku zrozumienia wiary świętej, nawet w duszach Jemu szczególnie oddanych. Wszystko to głęboko wpadło mi do serca, a miłość względem Boga potęgowała się. Nie potrafię opisać szczegółowo mojej rozmowy. Ach, jak słodko było przepędzać te chwile na rozmowie. Tylko trochę obawiałam się przepowiedzianych dla mnie cierpień”.

Powołanie stygmatyczki

Duchową konsekwencją bliskości z Jezusem były dla Wandy między innymi stygmaty. W 1919 roku 29 września w Nowogródku wzięła udział w procesji, w czasie której, po raz pierwszy odczuła ból w nogach i rękach, na miejscu przebicia ich gwoździami – czyli tak zwane stygmaty wewnętrzne.

W 1924 roku Wanda decyduje się wstąpić do zakonu. Wybrała Zgromadzenie Sióstr od Aniołów. Droga do Zgromadzenia nie była prosta – najpierw była za młoda, potem nie miała odpowiedniego wykształcenia.

Po blisko dwóch latach, w styczniu 1926 roku, podczas rekolekcji odprawianych przed przyjęciem do Zgromadzenia s. Wanda pisze: „Wybór uczyniłam w oratorium przed obrazem Serca Bożego. Prawda, że burza powstawała w duszy, bo czułam, że w tym życiu wiele trzeba będzie cierpieć, gdyż Jezus mi wyraźnie powiedział: «Mam zamiar uczynić z ciebie ofiarę».

Pomimo, że szczerze chciałam odpowiedzieć zamiarom Bożym, to w duszy coś szamotało, coś sprzeciwiało się i wyrywały się słowa, że «nie». Po dłuższym takim ścieraniu się podniosłam oczy na obraz Serca Bożego, który jakby przemawiał do mnie, cichym, łagodnym głosem: «Chcę byś dla mnie tę ofiarę uczyniła zostając tu, dam ci łaskę wytrwania, idź, gdzie wskazuję». Życie w Loborze (w tym Zgromadzeniu). Widziałam i inną drogę, mniej ciernistą, życie w klasztorze benedyktynek. Walczyłam i nie wiedziałam, którą wybrać. Usłyszałam wewnątrz wyraźny głos: «Pozostań tu, jeśli kochasz Ukrzyżowanego Jezusa». Odpowiedziałam: «Dobrze» i 2 lutego 1926 roku zostałam przyjętą do postulatu”.

Kolejnym etapem był nowicjat, który s. Wanda rozpoczęła 2 sierpnia 1926 roku, otrzymując imię Maria Wacława. W chwili obłóczyn, gdy kapłan podawał jej krzyżyk, słyszałam, jak w duszy mówił Pan Jezus: „Chcę, abyś została ukrzyżowaną za tych, którzy nie chcą krzyża znać, a szczególnie chcę ukrzyżować ciebie dla tych, którym łask nie skąpię”. Od początku droga Wandy Boniszewskiej w Zgromadzeniu naznaczona była wypełnieniem słów Jezusa, który w czasie bierzmowania zapowiedział: „Twoje życie będzie na Krzyżu”, z czasem odsłaniając szczegółowe znaczenie tych słów. Jezus mówi do Wandy, że On najbardziej cierpi od najbliższych – od kapłanów i sióstr zakonnych – i chce żeby Wanda też cierpiała od najbliższych łącząc się z Nim. W innym miejscu prosi, żeby modliła się za letnich kapłanów. W ten sposób określa zakres posłannictwa Wandy – jej zadanie specjalne.

W Wilnie 2 sierpnia 1927 roku po rocznym nowicjacie, s. Wanda składa pierwsze śluby, a „w chwili, gdy wymawiała słowa «ślubuję», bok jej został przebity i serce. Krew wypłynęła, tak że sukienka na wskroś przesiąkła krwią”. Od bólu tym razem nie zwaliła się z nóg, co się będzie zdarzać w powtarzanych później przebiciach, ale osłabienie opadło ją tak wielkie, że (…) wsparła się o ścianę, bo się bała upaść”. Był to stygmat zewnętrzny, ale nikomu się do tego nie przyznaje – dopiero po latach wyzna swojemu spowiednikowi.

Po ślubach wieczystych, które s. Wanda złożyła 2 sierpnia 1933 roku  została wysłana do Pryciun, w okolice Wilna. Okres pryciuński w życiu s. Wandy był znaczony licznymi wyjątkowymi łaskami Bożymi. Dają temu wyraz zapisy w kronikach Zgromadzenia i wspomnienia sióstr. Świadkami przeżyć mistycznych s. Wandy byli jej spowiednicy, najpierw ks. Tadeusz Makarewicz, a później ks. Czesław Barwicki. Kilkakrotnie, będąc w Pryciunach, ksiądz arcybiskup Romuald Jałbrzykowski odwiedzał siostrę Wandę. Jego to prosiła o zwolnienie od zewnętrznych znaków przeżywania męki pańskiej. Jednak ksiądz arcybiskup prosił ją, aby przyjęła łaski, jakimi Pan Bóg ją obdarza i poddała się woli Bożej.

Jej stygmaty i jej mistycyzm są znakiem, że była zjednoczona z Bogiem w sposób szczególny – taki, który się nie zdarza zwykłemu człowiekowi […]. Jednak siostra Wanda nie będzie beatyfikowana przez to, że była stygmatyczką, ale przez heroiczność jej cnót. Cały ten proces będzie czasem odnajdywania i udowadniania, że odpowiedziała w życiu codziennym, zakonnym i osobistym w sposób heroiczny.

kard. Kazimierz Nycz

Opatrunki s. Wandy

Ofiarowanie życia

Pan Bóg dał s. Wandzie łaskę głębokiego poznania i zrozumienie wielkości i świętości kapłaństwa. Mówił: „Każdego kapłana kocham. Przez wszystkie czwartki składaj ofiarę z życia i z cierpień za kapłanów. W tym dniu ustanowiłem kapłaństwo, przemieniając siebie w kapłana. Najświętszy Sakrament to Ja jestem. Więcej cierpiałem we czwartek, niżeli w piątek na krzyżu, drogi jest dla Mnie ten dzień”.

Trudna była dla Wandy wola Boża. Przyjmowała ją jednak z poddaniem, miłością i świadomie, ofiarując wszystkie cierpienia za kapłanów, zakony, swoje Zgromadzenie, za Ojca św. i Ojczyznę. Stawała się żertwą Bożą, łącząc się w swej ofierze z Ofiarą Najukochańszego.

W czasie okupacji siostry w Pryciunach udzielały schronienia zagrożonej młodzieży męskiej, kapłanom, braciom zakonnym. Siostra Wanda, jako przełożona wspólnoty, zabiegała o to, aby ci, którzy się tu ukrywali mogli się czuć jak najbezpieczniej, a z drugiej strony wiedziała, czym może się to skończyć, była świadoma ryzyka. „Im większe było zagrożenie tym więcej czasu s. Wanda spędzała przed Najświętszym Sakramentem. Miała wielką ufność w Bogu, Jemu powierzała każdego z nas” – wspomina ks. Sykstus Gajdel, dolorysta, który jako młody zakonnik ukrywał się w Pryciunach.

Ostatnim ukrywającym się tam kapłanem był o. Antoni Ząbek, jezuita. 9 kwietnia 1950 roku rozpoczęła się gehenna dla o. Ząbka i s. Rozalii, a w dwa dni później dla s. Wandy i kolejno osiemnastu innych sióstr od Aniołów, które przeszły przez przymusowe obozy pracy w Związku Radzieckim.

Wandę aresztowano i skazano na 10 lat więziennego zamknięcia, jako „przestępcę niebezpiecznego dla otoczenia”. Większość czasu spędziła w więziennym szpitalu w Wierchnim Uralsku na Syberii. Tuż przed aresztowaniem usłyszała proroctwo dla siebie: „Tęsknota teraz będzie równać się z tęsknotom dusz czyśćcowych, rozciągnięta na więcej niż 6 lat – przejdziesz w tym czasie i bluźnierstwa podobne do bluźnierstw piekielnych, ale trwaj przy Mnie, będę z tobą”.

Wanda Boniszewska w więzieniu Wierchnieuralsku przeżyła czyściec i piekło. Przesłuchania były tu bardzo ciężkie. Była bita do krwi, leżącą na podłodze brutalnie kopano, jeden z oprawców uderzył ją butem w lewą pierś, raniąc, a po jakimś czasie w tym miejscu pojawił się guz, który trzeba było usuwać operacyjnie.

Zmaltretowana przeżywała kolejne bestialskie przesłuchania, karcery, separatki. Chorowała, traciła przytomność i pamięć. Po jednym „przesłuchaniu” poprosiła lekarza, by dał jej śmiertelny zastrzyk. Bóg czuwał. Lekarz powiedział: „Nie”. Jezus nie opuszczał, „w myślach czarnych szatańskich choćby ukrócenia życia” obsypywał łaskami, ożywiał wiarę, ufność i miłość. Wanda na dnie ludzkiego piekła czuła Bożą obecność i obecność Matki Bożej. Siłę dawało jej łączenie się „z duchami aniołów Eucharystii”, uwielbiającymi Boga we Mszy św.

Wewnętrzne katusze, które przeżywała nazywała piekielnymi. Szukała w ścianach więziennych Pana Boga i znalazła, ale nim znalazła, przeżywała ogromną torturę. Wtedy poznała, co znaczy życie duszy bez Boga. „Kilka razy miałam wrażenie – opisuje s. Wanda – że Jezus Eucharystyczny był w moim sercu, choć może to moja fantazja, ale ja czułam się tak, jakbym Go przyjmowała. Tylko w jaki sposób? Pielęgniarka mi podawała lekarstwo, ale zamiast lekarstwa była Komunia Święta. Co za radość!”.

Za prowadzenie modlitw w sali szpitalnej osadzono Wandę w separatce bez prawa korespondencji. Racje żywności nie wystarczały, by zaspokoić głód, a i tak okruchami chleba karmiła ptaki, za co dostawała karcer, po którym za każdym razem przez długie miesiące leczono ją w więziennym szpitalu.

Jeden z nadzorców bił jej głową o ścianę. Była przerażona, gdy pewnej nocy wszedł do jej celi. A on przyszedł, by… prosić o przebaczenie: „Przekonałem się, że Bóg jest – mówił –  bo sumienie nie daje mi spokoju i musiałem się żegnać znakiem krzyża”. Nie trwało długo, gdy został wyrzucony z partii i z pracy, skazany na więzienie.

Ze wspomnień Wandy, w których postaci mogą się mieszać, wynika, że pod wpływem jej ekstaz i jej modlitw, nawróciło się kilku więziennych nadzorców. Ten, który bił jej głową o ścianę, przysłał jej później 100 rubli na cukier. Inny prosił o przebaczenie, że wsadzał ją do karceru.

W przedsionku piekła Wanda spotkała też ludzi o dobrym sercu – sanitariuszki, które pomagały jej po torturach w pokoju przesłuchań, lekarza, który nakazał jej lepsze żywienie i okazującą troskę lekarkę, która była wierząca, ale „dla kawałka chleba” modliła się w ukryciu. Byli pewnie i inni. Przed samym odjazdem do Polski jedna z pielęgniarek wyznała Wandzie: „Wiecie, Boniszewska, nie było nadziei, żebyście przeżyli; było to nie tylko moje zdanie, lecz wszystkich lekarzy, którzy was badali i chcieli was odesłać do domu, ale nie można było w tym stanie zdrowia... Gdy pobieraliśmy krew, skład jej był bardzo zły, a to, że obecnie wyjeżdżacie do domu, to chwała Bogu, ale mogę wam powiedzieć, że wy jesteście naprawdę niezwykłą osobą”.

Po powrocie do Ojczyzny s. Wanda mieszkała  w różnych domach Zgromadzenia: między innymi w Białymstoku, Częstochowie, Konstancinie. Zniszczone w obozie zdrowie dawało o sobie znać. Mimo to angażowała się w prace jej powierzone, pełniła odpowiedzialne zadania jako przełożona wspólnot, pomagała w kursach pisania na maszynie, w prowadzeniu gospodarstwa domowego, w katechizacji, przyjmowała pielgrzymów. A nade wszystko prowadziła apostolstwo modlitwy, cierpienia i korespondencji z kapłanami i przyjaciółmi z czasów pryciuńskich. Zamawiała wiele Mszy św. przed obrazem Matki Bożej na Jasnej Górze i to były jej prezenty, którymi obdarowywała przyjaciół z racji imienin, jubileuszów czy innych okazji.

W 1988 roku zamieszkała we wspólnocie domu głównego w Konstancinie. Tu była apostołką cierpienia, a przy tym spokoju i życzliwości dla tych, którzy ją odwiedzali, skazaną na pozostawanie w łóżku.

Śmierć

Odeszła do Domu Ojca 2 marca 2003 roku, w wieku 96 lat i po 76 latach życia zakonnego. Siostra Wanda pochowana jest na cmentarzu parafialnym w Skolimowie.

W czasie pogrzebu ks. prof. Jan Pryszmont, wieloletni przyjaciel s. Wandy, powiedział:

Siostra Wanda jest niewątpliwie szczególnym darem dla Kościoła w Polsce i jego kapłanów oraz dla osób konsekrowanych, a zwłaszcza dla Zgromadzenia Sióstr od Aniołów

ks. prof. Jan Pryszmont

Stwierdzenie to potwierdza fakt, iż od czasu śmierci s. Wandy wpływa do zgromadzenia wiele próśb o modlitwę za kapłanów przez jej pośrednictwo. Piszą sami kapłani, ich rodzice czy rodzeństwo, gdy widzą zagrożenie powołania syna kapłana. Zgromadzenie, a zwłaszcza wspólnota w Konstancinie, podejmuje codzienną modlitwę we wszystkich intencjach polecanych wstawiennictwu s. Wandy. Otrzymuje również wiele podziękowań za otrzymywane łaski.

Źródłami do powstania powyższego życiorys były m.in. publikacje:
Maria Cichoń, Świadek milczący. Wanda Boniszewska (1907-2003)
Wspomnienia s. Wandy Boniszewskiej, Nieznaną jestem… Taka umrzeć pragnę.
Wanda Boniszewska, Ukryta przed światem. Dziennik duszy
Próba opracowania życiorysu Wandy Boniszewskiej przez o. Antoniego Ząbka mps.
Notatki ks. Czesława Barwickiego, mps.
Wanda Boniszewska, Czyściec rok 1950-56, mps.